|
Pomysł na zorganizowanie morskiego rejsu zrodził się w głowach młodych tomaszowskich żeglarzy podczas zimowych spotkań w emdeku. Adriatyk wydawał się najodpowiedniejszym akwenem. W Puli stał jacht jednego z tomaszowian, który za standardową opłatę zdecydował się wydzierżawić swoją Bawarię 46. W trakcie kilku spotkań z uczestnikami rejsu i ich rodzicami ustaliliśmy wszystkie szczegóły. Tydzień przed oficjalnym zakończeniem roku szkolnego był najlepszym terminem na wyjazd, oceny są już wystawione, świadectwa wypisane – praktycznie wakacje. Z Tomaszowa wyjeżdżaliśmy w dwóch turach. Pierwszy wyruszał kapitan Tadeusz Kotela z kilkoma załogantami, aby przejąć i przygotować jacht do rejsu. Reszta dziesięcioosobowej załogi dotarła na miejsce dwa dni później. Uczniowie kilku tomaszowskich szkół, którzy są uczestnikami zajęć sekcji żeglarskiej Młodzieżowego Domu Kultury po raz pierwszy mieli wypłynąć na morze. – Jak się znajdziemy w tej Puli –pytaliśmy przed wyjazdem kapitana?- Spokojnie to nie jest duże miasto, jak krzykniesz to Cię usłyszymy. Szukaliśmy się ponad godzinę. Mogliśmy krzyczeć w nieskończoność. To tak jakby ktoś w Tomaszowie wołał na Niebrowie, a mieliby go usłyszeć na Niebieskich Źródłach. Pula ma kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców, nie należy do najładniejszych miast Chorwacji ale jest bardzo rozległa. W końcu docieramy do mariny ACI, jest w samym centrum miasta, tuż przy coloseum i świątyni Augusta. Obie budowle są imponujące. Coloseum może pomieścić dwadzieścia pięć tysięcy ludzi. Ze zwiedzaniem wstrzymujemy się do następnego dnia. Wszyscy jesteśmy zmęczeni kilkunasto godzinną podróżą ale szczęśliwi, że możemy się zaokrętować na Kalypso. Następnego dnia po śniadaniu i wstępnych instrukcjach dotyczących obsługi GPS –u, przejrzeniu map i podziale na wachty wyruszamy na morze. Z Puli płyniemy do Rovinj. Stan morza 3, a siła wiatru w skali Beuforta 4. Manewr wyjścia z portu wykonujemy oczywiście na silniku- w końcu to nie Zalew Sulejowski. Za falochronem stajemy na chwilę w linii wiatru i wznosimy toast za pomyślny rejs, dzieląc się oczywiście z Neptunem. Po siedmiu godzinach spędzonych na morzu zrzucamy żagle i wchodzimy do Rovinj. Nagle obok jachtu pojawiają się delfiny, wyskakują kilka razy ponad wodę i znikają – może to specjalnie na nasze powitanie. Rovinj jest tak piękne, że postanawiamy zostać tu jeden dzień dłużej. Akurat odbywa się festiwal salsy, instruktorami są w większości Latynosi więc żeńska część naszej załogi jest zachwycona. Dziewczyny pierwszy raz tańczą salsę i niektórym z nich naprawdę nieźle to wychodzi. Chłopcy nie przejawiają talentów tanecznych. Następnego dnia zwiedzamy kościół św. Eufemii 1736 roku i niesamowitą aleję cyprysową położoną w najwyższym punkcie skalistej wyspy. Woda jest w morzu przezroczysta, więc nie można sobie odmówić kilku kąpieli dziennie - oczywiście w miejscach do tego przeznaczonych i pod opieką ratownika. W kolejnym dniu dopływamy do Umagu. Niestety tutejsze mariny nie są tanie – każdy postój w porcie to prawie sto euro. Ale warto, bo klimaty są niepowtarzalne. Poranny zapach kawy na kei, panowie wychodzący ze swych jachtów w garniturach to tutaj normalne zjawiska. Prawie jak w porcie U Marusia, prawie. Kapitan po konsultacjach z załogą postanawia płynąć do Triestu. Niestety we włoskich marinach nie ma takiego porządku jak w Chorwacji. Pływające martwe szczury nikogo specjalnie nie dziwią ale miasto jest naprawdę piękne, a Włosi bardzo serdeczni. Triest z ochotą zwiedzają ci, którzy w pierwszych dniach nie nadużywali obcowania ze słońcem. Robimy dokumentację fotograficzną nocnych spacerów, a rano wypływamy do Nowego Gradu. Na morzu mijamy kilka tankowców i kontenerowce, jacht na którym płyniemy to przy nich łupinka mimo że ma piętnaście metrów długości. Bawarie klarujemy w Puli. Uzupełniamy paliwo, wodę i butle z gazem. Z żalem żegnamy chorwackie wybrzeże ale z nadzieją, że wrócimy tu jeszcze nie raz.
|